Ogólny zarys wyprawy

•16 Sierpień 2009 • 7 komentarzy

Co gna nas przez ten niezmierzony świat? Kto odpowie na to pytanie?
Ja cały czas szukam odpowiedzi. Wierzę, że droga jest dobra i że kiedyś „to” znajdę.
Ruszyliśmy w podróż przez znane i nieznane. Licząc na odrobinę szczęścia wyjechaliśmy do Azji. W planach była Ukraina, Rosja, Mongolia, Chiny. Bez planu Laos i Tajlandia. A na końcu wymarzone Indie.
Teraz już jest po wszystkim. Zostały tylko znajomości, masa zdjęć, troszkę muzyki i niezapomniane wrażenia.
Jeśli chcesz, to wejdź i poczytaj.
Może i ty zapragniesz, a może nawet wyruszysz… i będziemy mogli wspólnie dzielić się tym, co los podał nam na tacy w szerokim świecie.

Udział w konkursie: Blog Roku 2009

•12 Styczeń 2010 • 1 komentarz

Serdecznie dziękujemy za oddane głosów na naszego bloga. W klasyfikacji zakończyliśmy na 27 miejscu z 164.

Pozdrawiamy i dziękujemy Dorotka i Pasterz

Kraina srebra i złota – czyli to co Pusiaczki lubią najbardziej

•23 Listopad 2010 • Dodaj komentarz

Ciężko jest sklecić coś konkretnego po tak długim czasie. Minęło już prawie trzy miesiące od naszego powrotu. Wspomnienia powoli się zacierają, a głowę zaprzątają codzienne problemy. Ale stanąłem do tej walki, podjąłem się napisania bloga, wiec aby być fair wobec wszystkich, postanawiam go zakończyć. Chyba tak jest uczciwie.

Ze śmierdzącej stacji wskakujemy do pociągu i jedziemy na zachód. W stronę różowego miasta. Nie dość, że jest różowo, bo jakiś maharadża zażyczył sobie, aby wszystkie mury przemalować na ten kolor, to jeszcze miasto słynie na cały świat z jubilerów. Hmm, już dawno rozpoznałem co mnie tu czeka: godziny spędzone w sklepach lub przy ich witrynach.

Podróż przebiega bardzo przyjemnie. Pierwszy nocleg – trzeba odespać wczorajsze spotkanie z rodakami i pobudkę na poranny pociąg. Z Agry do Jaipuru jechało się krótko. Nawet się człowiek nie zdąży rozejrzeć, a już trzeba wysiadać. I lepiej nie zaspać, bo taki pociążek jak jedzie, to przecina cały kraj, a to przecież subkontynent (raz zaspałem i wracałem na nogach, ale to było z Leżajska, skromne 16 km).

Jak zwykle nie brakuje namolnych i nieprzewidywalnych naganiaczy, ale przeczytaliśmy, że do centrum jest niedaleko, wiec rezygnujemy z usług uprzejmych rikszarzy i walimy na nogach. Żar leje się strumieniem z nieba. Właśnie tego się najbardziej w Indiach obawiałem. Miotamy się tam i z powrotem wzdłuż głównej arterii w poszukiwaniu noclegu tańszego niż luksusowy hotel. Możliwe, że będzie to przedostatnie miasto w podróży, więc pewnie chwilę tu zabawimy. Mamy spisane adresy, szukamy czegokolwiek, ale nie ma. Jest strasznie gorąco, marzy nam się zimny prysznic, a naszego hostelu nie widać.

Trzeba by się kogoś zapytać, a kogo najlepiej? Oczywiście wszechstronnej encyklopedii, indyjskich rikszarzy. No i proste. Chłop wie, ale nie powie. Albo nie wie i się nie przyzna. Dobra, za pięć rupii może nas tam podwieźć. Chyba to niedaleko, skoro cena jest taka niska. Ale czemu nie chciał powiedzieć???? Szkoda mi się tego chłopa zrobiło. Pewnie palił cały wieczór opium obok ogniska podsycanego plastikowymi butelkami i śmieciami z ulicy. Popijał wódką, której nikt z nas nie odważył by się spróbować, a jak już miał dość, to zasnął na swojej rowerowej rikszy z nogami przewieszonymi przez kierownicę. To nie pierwszy i nie ostatni dzień libacji, facet z trudem pedałuje. W końcu podwozi nas do naszego upragnionego hotelu.

Cholernie dużo się zmieniło od czasu, gdy nasze kompendium wiedzy zostało wydane. To znaczy hotel jest, nazywa się tak jak poprzednio, na tej samej ulicy, tylko cena się troszeczkę różni od tej sprzed dwóch lat – haha – jest jakieś cztery razy większa. No nic, poszukamy czegoś sami. Nasz rikszarz stoi w progu i nie rozumie co się stało, patrzy smutno jak wychodzimy. Właśnie traci dodatkowy zarobek w imię odwiecznego układu „ ja zgarniam klientów spod stacji i przywożę do waszego, zawsze – najlepszego – hostelu, a wy płacicie mi drobną sumkę za pomoc”.

Trafiamy do hoteliku tuż obok, do „Ślepaczka”. Szkoda chłopaka. Ma 24 lata i nie widzi praktycznie nic, czyta z odległości 5 cm. Hotelik całkiem spoko, za dobrą cenę, bez myszy i robaków, tylko wiecznie żywe komary – ale one są wszędzie, trzeba było się przyzwyczaić. Obok restauracja na dachu, jednym słowem całkiem przyjemny klimacik. Dużo tu Amerykanów, którzy przyjeżdżają odbywać praktyki u wszechobecnych jubilerów i szukać nowych materiałów. Siedzą sobie całymi dniami, przeglądając kamyczki, a wieczorami piwko, papierosek i masala czai.

Po drodze do starego miasta, trafiamy na najlepsze „kaczori”, jakie w życiu miałem okazję próbować. „Kaczori” to dla nas rodzaj śniadanka, mała okrągła „bułeczka” z cieście podobnym do francuskiego. W środku znajduje się papka warzywna z potworną ilością przypraw. Skład zna tylko sprzedawca i jego pracownicy, którzy siedząc w kucki, dniami i nocami mieszają to niesamowite nadzienie. Dostaję się takiego „kaczorka” w gazecie lub poskładanej odpowiednio kartce z książki. Czasami matematyka, czasami chemia, czasami fizyka. Przyjemne z pożytecznym to jedzenie w Indiach, to nie tylko ciekawostki na Tymbarku, jak u nas. „Kaczorki” są smażone na głębokim tłuszczu i najlepiej smakują świeżuteńkie, takie gorące, że nie da się ich wziąć w rękę, kładzione na gazeciany talerzyk, przebijane palcem przez sprzedawcę i polane słodkim, żółtym sosem. OJOJOJOJO, ależ zatęskniłem za nimi. Palą pysk, bo po pierwsze – są wyciągnięte z gorącego oleju, a po drugie – mają w sobie taaaką ilość przypraw.

Cała magiczna procedura powstawania tych niesamowitych smakołyków odbywa się na odpowiednio przystosowanym do tego rogu ulicy. Między nogami kręcą się myszki zbierające resztki pożywienia. Są tu też małe, umorusane, bezdomne dzieci, które z matkami mieszkają na chodniku i proszą o coś do jedzenia. Obok stoją kipiące bogactwem sklepy jubilerskie z przepiękną biżuterią, gdzie Europejczycy i Amerykanie wydają grube pliki rupii na świecidełka.

Jaipur jest faktycznie różowy. Wszystkie budynki i mury mają ten sam kolor. Z początku miejsce wydawało się inne, mniej zatłoczone od wcześniej widzianych. Ale gdy tylko przekroczyliśmy bramę „starego miasta”, rozpoczął się znany nam już rytuał omijania krowich gówien, przedzierania się przez zbitą masę ludzką płynącą w obie strony, bronienia się przed wciągnięciem do sklepu i zakupu niechcianych produktów, „jedynych w swoim rodzaju” i „tylko teraz w wyjątkowej cenie”.

Ciekawostką jest wizyta w pałacu Maharadży. Ten też, podobnie jak chan, cesarz i król, ma klawe życie. Mieszka sobie w wielkim domku (część udostępnił turystom) i właściwie niczym konkretnym się nie zajmuje. Jest w mieście – wywieszają flagę, nie ma go – to ściągają. Całkiem niezły ten pałacyk, znaczy ta część udostępniona dla zwiedzających. Niesamowita kolekcja broni z dziada pradziada prapradziada. Oczywiście nie mogłem sobie dokładnie pooglądać, bo kobiet to nie interesuje. Lepiej patrzeć za sukieneczkami, malowidłami i sklepikami pełnymi pamiątek. A był tam taki jeden, w którym artyści sprzedawali swoje dzieła i dużo tam rzeczy było do wyboru, jednak ceny też były wyborne.

Mnóstwo czasu spędzamy łażąc po prostu po pomniejszych uliczkach i przyglądając się temu, co się dzieje dookoła. A dzieje się mnóstwo rzeczy. Wystarczy tylko przystanąć i popatrzeć. Następnie uderzamy na położony zaledwie o 10 km dalej Amber Fort. Ogromna budowla postawiona na szczycie góry, otoczona murami i basztami obronnymi. Śmialiśmy się, że trzeba było sobie Chiny odpuścić, bo wystarczyło tu po murze połazić. Idzie się do góry i idzie, a wielkie to wszystko! Musieli tu konkretnie walczyć i raczej nie były byle jakie, graniczne potyczki. Jesteśmy na szczycie. Wow, jakie wielkie małpy! Aż strach obok nich przechodzić. Zajmują się właściwie tylko jedzeniem tego, co dostaną od turystów, ale słyszało się historie, że potrafią zaatakować człowieka i wyciągnąć z plecaków cenne przedmioty.

My już ostro śmierdzimy, ale nie żebyśmy nie prali w pralce ubrań przez dwa miesiące, tylko śmierdzimy maliznotą, wiec rezygnujemy z wejściówki i postanawiamy się nasycić zewnętrznym pięknem tej monstrualnej budowli i otaczającej ją doliny. A jest co oglądać. Nieco niżej wspaniałe świątynie, podobne troszeczkę do kopców termitów i mnóstwo małych domków z płaskimi dachami. No i wszędzie te małpy, takie ogromne. Śmieszne są, podchodzą do człowieka i można je karmić owocami. Dziwne uczucie jak tak jedzą z ręki. Z balkonu widzimy, że jedna z nich spadła z murku i się połamała. Nieprzyjemny widok, gdy tak leży, czołga się i próbuje podnieść – wygląda zupełnie jak człowiek.

Idziemy w stronę przystanku. Na dole miła niespodzianka – słoń. Cały wymalowany, idzie sobie ulicą, a kierowca smacznie śpi w metalowym wózku na jego grzbiecie. Śmieszny taki słoń, fajnie się buja jak chodzi i całkiem zgrabnie mu to idzie. To my teraz szybko, szybko, za tym słoniem. Dwa dni wcześniej rikszarz przekonywał nas, że tu jest mnóstwo słoni, wiec może znajdziemy jakiś słoniowy parking. Idziemy, słoń gdzieś zniknął, a naszego parkingu nie widać. Jest tylko postój z jeepami, które podobnie jak słonie, wywożą turystów na szczyt fortu. Okazuje się, że postój słoni leży po przeciwnej stronie. Ten zwierzak widocznie poszedł sobie z panem na spacer. Albo może, tak jak w Mongolii konie, tak tu słoniki służą do odwożenia właścicieli po posiedzeniu w karczmie. Aha, zapomniałem, przecież oni tu nie mają karczm. Ale to nic: dobry słoń drogę do domu zna.

Jesteśmy w samą porę. Akurat za 15 minut zaczyna się przejażdżka. Siadamy więc wygodnie na wysokim murku, żeby dobrze wszystko widzieć, zaraz na wprost wrót słoniowej stajni. I już za momencik pokazuje się pierwszy. Miły taki, też pomalowany. Za jakiś czas są jeszcze dwa: jeden samiec i jedna samiczka – ale się fajnie miziają trąbami. O, i jeszcze się coś dzieję… o jaaa… jaka wielka kupa! Niesamowite zwierzęta, takie ogromne z pyska, a jednoczenie spokojne i pełne takiej pokory i opanowania. Małe hinduskie chłopki skaczą po nich, biją je bosymi stopami po głowie, ale one nic sobie z tego nie robią.

Dobra, na nas już czas. Fajne są słoniki, ale autobus nam ucieknie. Jest przystanek, jest i autobus. Oczywiście wypełniony po brzegi, trzeba będzie się łapać błotnika, żeby dojechać do miasta.

W hotelu życie płynie zwyczajnie. Stali mieszkańcy spędzają długie wieczorki na popijaniu czaju i paleniu niesamowitej ilości papierosów, wymieniając się doświadczeniami, jakie przyniósł chylący się ku końcowi dzień. A to pierścionkach, a to o kolczyczkach, naszyjnikach i wszystkich kamieniach świata. Za dnia, od samego rana, dwóch mistrzów sztuki szlachtuje codziennie minimum dwie kozy. Można sobie śmiało popatrzeć i popodziwiać masarski kunszt, jeśli ktoś sobie tego życzy. To nic, że za dwumetrową ścianą jest restauracja i że troszkę krwi płynie strużką pod nogami przechodniów.

Ja natomiast spędzam czas z chłopakiem z naszej recepcji, tym, który czyta z odległości 5cm. Raz ja mu o naszym kraju, raz on mi o swoim. I jeszcze gawędzę z bardzo miłym panem, który opiekuje się barem. Hehe, mówi, że ma dwa swetry: jeden grubszy i jeden cieńszy, do tego parę koszul, i że to mu wystarcza do funkcjonowania w tym klimacie. Opowiada mi jeszcze o Goa, jak to się rozstał z żoną i balował przez dwa lata na rajskich plażach, i że wszystko co zarobił, poszło w przelew. No i nie mogę zapomnieć o znajomych jubilerach spotykanych w uliczce, w której znajduje się nasz hostel. Trudno jest przejść tamtędy bez co najmniej godzinnej z nimi konwersacji: a to jaka pogoda, jak minął dzień, co widziałem, co słyszałem, jak mi się podoba, czy coś kupię czy nie, i czy mogę załatwić jakieś bursztyny, bo w Polsce to jedne z najlepszych bursztynów na całym świecie, a Rosjanie teraz chętnie kupują. No jasne, że mogę, czemu nie? Dajcie tylko jakiś namiary, a ja się z wami skontaktuję.

Czas już opuścić to miasto. Dzień przed wyjazdem idziemy na na stację kolejową po bileciki. Nie jest to jednak takie proste, bo Maharadża (wielki, brodaty z ogromnym turbanem) mówi, że już nigdzie nie ma miejsc. Ale jak nie ma, jak są? Nie jutro, to pojutrze, albo za dwa dni ruszymy na tygrysie safari.

Tadż

•27 Styczeń 2010 • Dodaj komentarz

Jesteśmy w Agrze. Czas na podobno najpiękniejszy zabytek w Indiach – Taj Mahal. Może i najpiękniejszy, ale cenę to też za niego wystawili: prawie 50 zł za osobę! Boli troszkę w portfelu, ale być w Indiach i nie widzieć „Tadża”?? Niemożliwe, no proszę… Wieczorkiem włóczymy się wzdłuż rzeki, może da się jakoś przez mur przeskoczyć?:)) W każdym razie, „cud świata” od tej strony też ładnie wygląda, zwłaszcza o zachodzie słońca.
Na takiej wycieczce to sobie człowiek nic nie może odpocząć, bo albo pociąg o piątej rano albo te zabytki trzeba oglądać o wschodzie słońca, bo są wtedy najpiękniejsze.

Świątynia miłości… ja to nie wiem, ale kobiety to szału tu dostają… pewnie każda by chciała, żeby jej takie mauzoleum ufundować.

Rikszarze to doskonale źródło informacji. Jeden z nich, próbując nas zaprosić na przejażdżkę, mówi, że jutro wstęp wolny, bo jest festiwal muzułmański. Ok., może tak, może byłoby fajnie… trochę mu jednak nie dowierzamy. Ale wstajem jeszcze po ciemku i do kasy (sprawdzić, jak to z tym biletem jest). Ktoś to bardzo sprytnie wymyślił i zrobił kasę kilometr od bramy wejściowej. Kto na tym zarabia? Oczywiście, że rikszarze! Za jedyne 10 rupii zawiozą cię w jedną stronę albo drugą stronę. I udało się – faktycznie, od 7:30 wstęp jest darmowy. Ogromna ilość ludzi już tam jest. Najpierw wpuszczają naiwniaków, którzy kupili bilety (niezorientowanym miłe panie w kasie oczywiście sprzedadzą wejściówki).

Piękny jest Taj Mahal w promieniach porannego słońca. Wszyscy robią zdjęcie z odbijającym się od fontanny budynkiem. Robię i ja, a jak! Taki zabytek musi mieć przecież niezliczoną ilość fotografii.

Są tu dwa meczety, jeden z prawej, drugi z lewej. Są też strażnicy, którzy w sprytny sposób sobie dorabiają. Pokazują angielskim i niemieckim turystom magiczne punkty, z których zdjęcia świątyni wychodzą najpiękniej. Za cztery punkciki stóweczka jest jak nic.

Około dziewiątej muzułmanie zaczynają się schodzić na plac. Jako że festiwal jest religijny, to będą modlitwy. W krótkim czasie zebrało się ich około 20 tysięcy. Umyli nogi, ręce i się zaczęło: “Allah Akbar, Allah Akbar”. Ubrany na biało tłum mężczyzn bije pokłony i śpiewa i tylko Japończycy z teleobiektywami (takimi jak z meczu piłki nożnej) biegają między nimi, robiąc milion zdjęć.

Dobra, po wszystkiemu. Trzeba się zbierać na śniadanie. Półtorej tysiaka zostało w kieszeni, to można sobie nawet jakąś pamiątkę kupić. W naszym hotelu też święto. Oprawiają właśnie kozę na balkonie. Naprawdę uroczysty dzień.
My idziemy jeszcze zobaczyć kawałek miasta i Czerwony Fort, jeden z największych w Indiach. Wygląda imponująco. Obchodzimy go w koło. W parku Hindusi siedzą i grają w karty, stawiają horoskopy albo śpią smacznie w cieniu. Tu pierwszy raz widzimy śmieszną, dużą, dwukołową rikszę, która ciągnie wielbłąd.

Pod wieczór spotykamy trójkę Polaków mieszkających w hotelu obok. To może kolacja i piwko? W piwem ogólnie w Indiach jest problem. Jest King Fisher, ale jakiś taki niespecjalny w smaku, także mocno się oszczędzamy. Rozstajemy się gdzieś późno w nocy. A tu znowu trzeba wstawać o piątej, yyy.

O świcie całkiem przyjemnie, chłodno. Rikszę ciężko znaleźć i do tego jeszcze „morning price”. Dobrze, że taka taryfa zmienna jest. W miarę jak się człowiek oddala, cena leci na łeb na szyję. Zresztą, śpieszyć to się nam nie śpieszy, bo dwa dni temu przyjechaliśmy tym samym pociągiem i był pięć godzin spóźniony z powodu mgły. Na stacji, standardowo, biegają szczurki: to do toalety zaglądną, to do poczekalni. Szczęście nam sprzyja i nasz pojezd do Jaipuru zjawia się „tylko” dwie godziny po czasie.

Na schodach do nieba

•20 Styczeń 2010 • Dodaj komentarz

Docieramy do stacji Mughal Serai, oddalonej 15 km od Varanasi. Pociąg spóźniony jedynie cztery godziny. Teraz trzeba tylko dostać do miasta. Znajdujemy riksze, oczywiście kursową i wypełniona po brzegi Hindusami, ale za to najtańszą. Pół godzinki jazdy i jesteśmy w Varanasi. Ze względu na zmęczenie nie wybrzydzamy – koło dworca znajdujemy „myszowy” hotel, w którym toaleta to wybetonowana dziura. Gryzonie harcują całą noc, ale jak człowiek niewyspany, to nic mu nie przeszkadza.

Więcej nie popełnimy błędu z biletami. Następnego dnia z rana od razu idziemy na stację kolejową. Pociąg jest, miejsca są – elegancko. Od jakiejś dziewczyny dostajemy namiary na fajny guest house. Idziemy więc zgodnie ze wskazówkami, w stronę rzeki. Jest wielka i strasznie brudna. Przy brzegu pełno ludzi i łodzi. Ganges. Święta rzeka hinduizmu. Ja bym tu ręki do wody nie włożył, a oni się kąpią i myją zęby.

To teraz w prawo i za jakieś piętnaście minut ma być hostel. Idziemy wzdłuż ghatów. Są to takie wielkie schody prowadzące do rzeki (jest ich tu 84). Na nich krowy, ludzie, krowy, sadhu, zaklinacze węży i jeszcze więcej ludzi.

Wkrótce naszym oczom ukazały się wielkie stosy drewna. Płonie ich z siedem, a trzy następne są przygotowane. Wiemy co to jest. Manikarnika ghat, miejsce, w którym hindusi palą swoich zmarłych. Wokół pełno ludzi, a między nimi chodzą krowy, jakby nigdy nic. Pierwsze wrażenie jest troszkę dziwne, jak się tak się patrzy na to wszystko. My tylko chwileczkę i zmykamy w górę, za kierunkowskazem.

Do góry, jeszcze trochę do góry i jest hostelik. Na dachu restauracja, w której ludzie siedzą, jedzą, biesiadują. Z dołu czasem zaleci jakiś „niepokojący” zapach, ale widok na miasto i rzekę jest wspaniały. W restauracji spotykam Suresha – chłopaka, który pracuje jako przewodnik i potrafi gadać godzinami (i cały czas ciekawie) o mieście i o Indiach. Pewnego ranka, przy herbacie, wprowadza mnie w fascynujący i skomplikowany świat mitologii, religii i obyczajów. Opowiada o bogach, o tym jak powstał człowiek i cały świat. Ciężko to wszystko zapamiętać. Wykorzystuję okazję i wypytuję go o obrzędy związane z paleniem zwłok.

Stroną „techniczną” zajmują się nietykalni. Oni ważą drewno, pilnują wszystkiego i sprzedają ogień. W ceremonii uczestniczą tylko mężczyni, kobiety zaś pozostają w domu zmarłego. Orszak pogrzebowy wędruje uliczkami starego miasta w stronę ghatu Manikarnika (m.in.). Ciało, owinięte w płótna i kolorowe wstążki i natartę olejkami, zanoszone jest nad brzeg rzeki. Tam głowę zmarłego polewa się świętą woda z Gangesu. Następnie najstarszy syn gdzie ogolić sobie głowę i kupuje 400 kg drewna. Najdroższe jest sandałowe, ale niewiele rodzin może sobie pozwolić na taki drogi pochówek. Zwykle drzewo kosztuje około 1400 rupii czyli około 90 zł. Po dokładnym zważeniu, robotnicy układają stos, na którym składa się ciało. Wówczas głowa rodziny idzie zakupić ogień, a następnie zapala stos. Całkowite spalenie trwa od 3 do 4 godzin. W tym czasie krewni pozostają w pobliżu i tylko robotnicy długimi kijami przewracają palące się ciało.

Stosy płoną nad brzegiem rzeki przez 24 godziny. Podobno kremuje się tu do 400 ciał na dobę. Wszystko to dzieje się oczach wielu ludzi. Śmierć dla hindusów jest czymś zupełnie innym niż dla nas. Nie widzieliśmy, żeby ktoś płakał na pogrzebie. W pobliżu można sobie kupić herbatę albo jakieś przekąski. Jedynie fotografowanie jest surowo zabronione.

Niektóre ciała są wrzucane do rzeki w całości. Dotyczy to dzieci do lat pięciu (bo nie odróżniają dobra od zła), kobiet w ciąży, świętych mężów i chorych na bielactwo. Natomiast zmarłych od ugryzienia kobry przywiązuje się do wielkiego, drewnianego pala i puszcza z nurtem, aby święta woda oczyściła ich ciało z trucizny.

Dlaczego Varanasi jest takie ważne? Ludzie wierzą, że zostało ono założone przez Śiwę. Jest świetym miastem, przez które płynie święta rzeka. Ciało tu spalone przyjmuje od razu nowe wcielenie i dusza nie błąka się po ziemi. Gdy ktoś ma już dość wędrówki przez ten świat, może wybrać drogę prosto do raju. Aby tak się stało, trzeba umrzeć nad brzegami Gangesu. Są tu domy, w których ludzie mieszkają po trzydzieści lat czekając na śmierć.

To i mnóstwo innych rzeczy opowiedział mi Suresh, siedząc ze mną w restauracji na dachu i popijając jeden ćaj za drugim.

Czas płynie nieubłaganie. Zwiedzamy kilka świątyń i kręcimy się po uliczkach starego miasta. Przypominają one labirynt, a wyjście z niego znają tylko miejscowi. Wieczorem poznajemy dwóch chłopaków z Polski, Brenasa i Batona. Nie mija pięć minut i rozmowa schodzi na temat motorów. Chłopaki też latają, więc, jak to w takim gronie bywa, ciężko skończyć dyskusję. Zwłaszcza, że poznajemy jeszcze dwóch braci z Anglii, którzy przyjechali sprzętach od strony Pakistanu i dzielą się doświadczeniami. Aż się łezka w oku kręci, jak tak sobie pomyśle. Haha, już planuję następny raz. Cały następny dzień gawędzimy sobie o podbojach świata. Z tarasu widać baraszkujace na dachach małpy i piękne, różnokolorowe papugi.

Razem udajemy się na pudźę. Baton twierdzi, że to taki lokalny różaniec. Jest to uroczysta ofiara składana bóstwom, tutaj – pod koniec dnia nad Gangesem. Przewodzą jej bramini, którzy wymachują zapalonymi lampami, biją pokłony, ofiarują bogu kwiaty i wykonują wiele niezrozumiałych dla nas gestów. Ludzie podczas jej trwania puszczają na wodę świeczki z kwiatami, co ma zapewnić szczęście i pomyślność dla rodziny. Towarzyszy temu śpiew, bicie bębnów i palenie kadzideł. Po raz kolejny Indie zachwycają zapachem, kolorem, dźwiękiem.

Dobrze nam jest w Varanasi, ale czas się ruszyć dalej. Jedziemy na dworzec z chłopakami z Polski: oni na pociąg do Delhi, a my do Agry. Jeszcze tylko bileciki na dalszą podróż i już siedzimy w pociągu. Jednak można się tu przemieszczać bez problemów, zwłaszcza gdy jest osobna „turystyczna” kasa, a prawie wszyscy rozmawiają po angielsku.

Podobno dwadzieścia lat temu Ganges był bardzo czystą rzeką, ale jak zbudowali gdzieś po drodze elektrownię wodną, to teraz woda praktycznie stoi w miejscu. Ciekawe, z jakiej wody serwowali nam herbatę albo jaka leci w kranu… a właściwie, teraz to już nie ma znaczenia.

Knockin on heavens door II

•15 Grudzień 2009 • Dodaj komentarz

Pociąg dopiero za dwa dni więc nocujemy w Siliguri. Nie ma tu kompletnie nic do roboty, więc kręcimy się po mieście bez celu. Obok hotelu jest niewielka rzeka, w której kąpią się ludzie i krowy, pływają śmiecie a czasem i jakieś zdechłe cielaki. Pod mostem jest „krowi” – parę rodzin i mnóstwo zwierzaków. Krowie placki suszą się przylepione do ścian i dachów. Trzeba przecież na czymś obiad gotować.

Nadchodzi wielki dzień – dzień odjazdu. Już rano ruszamy do New Jalpaiguri i trzymamy kciuki, żeby nasze nazwiska pojawiły się na liście podróżnych. Piękne słoneczko, trawka w okolicy, można się zrelaksować na łonie natury. Siadamy i w mgnieniu oka zbiega się gromadka dworcowych dzieci. Sytuacja jest przerażająca. Dzieci mówią coś, śmieją się, a w jednej chwili robią się poważne. Przysuwają się coraz bliżej i zacznają nas dotykać. Jedno z nich chce się przytulić. Zaczynają czesać mi brodę kawałkiem grzebienia znalezionym na ziemi. Co sekundę przychodzą nowe i tylko się przyglądają. Zwijamy się stamtąd tak szybko, jak się da.

Pakujemy się do poczekalni dla pierwszej klasy i udaje się nam tam jakoś przesiedzieć. Pełen komfort: metalowe krzesełka, dwa stoły, pełno ludzi i gość, co wygląda jak święty Mikołaj. Za jakieś cztery godziny powinny pojawić się listy, kto z oczekujących dostał miejscówki. Co chwila sprawdzamy, czy listy są. Ale gdzie tam… na czas, niemożliwe. Stacja jest ohydna. Ludzie leżą na ziemi poprzykrywani szmatami. Na torach na całej długości, do tego śmieci, no i szczury. Łażą po torach, w poczekalni, w toaletach.

Robi się ciemno i pojawiają się listy. Tylko, że my mamy pecha, miejscówek nie będzie. Mamy już tak dość czekania na bilet, że będziemy jechać choćby na dachu. Wsiadamy do pociągu i nich się dzieje co chce. Podstawili dwa dodatkowe wagony (cicha nadzieja, że coś sobie znajdziemy), ale one momentalnie wypełniają się po brzegi i wszystko zajęte.

Jedziemy tak, kucając w kącie, aż zjawia się konduktor. I znów trzeba w siebie głupka robić. Mówi, że w pociągu nie ma dla nas miejsc i odchodzi. Jest nieźle, nie wyrzucił nas gdzieś w środku niczego. Jakimś cudem znalazło się jedno wolne łóżko i Dorota idzie spać. Ja dostaję kawałek miejsca obok śpiącego Hindusa. Trafił mi się akurat taki wagi piórkowej, więc jestem szcześciarzem. Pocieszam się, że wreszcie jedziemy dalej i że na drugi dzień w południe będziemy na miejscu. Jakoś się to odeśpi. Koło jedenastej panuje już kompletna cisza. Czasem tylko jakaś myszka przebiegnie po podłodze i coś poskrobie. A, i jeszcze okno się nie zamyka, więc trzeba się dobrze zawinąć w śpiwór. Jest ok., wyrwaliśmy się w tej dziury.

Knockin on heavens door I

•10 Grudzień 2009 • Dodaj komentarz

Jesteśmy w NJP. Pierwsza sprawa: trzeba by jakieś śniadanie zjeść. Wychodzimy ze stacji i są:) Święte krowy – całymi stadami włócza się lub leżą, żrą kartony i inne śmieci, których tu pełno. Do tego – standardowo – rikszarze, którzy jeszcze na peronie reklamują swoje „bardzo tanie” usługi i za nic w świecie nie chcą się odczepić. Lekko zniechęceni jemy to śniadanie i ruszamy dalej. Jeepy już stoją i czekają na komplet pasażerów. Jedziemy. Przed nami 74 km.

Trochę się dziwimy, że w przewodniku piszą o trzech lub czterech godzinach jazdy. Zaczynają się górki i już wszystko rozumiemy. Robi się stromo i wąsko. Oj, żeby się tylko nic nie stało. Droga strasznie kręta, a w dole wielkie przepaście. Miejsce jest dla jednego samochodu, ale indyjscy kierowcy z zimną krwią wyprzedzają na pełnym gazie. Nasz kolega mógłby im kibicować krzycząc „NIE REDUKUJ!”

Pniemy się pod górę, patrząc na wielkie plantacje herbaty na zboczach. W końcu jedziemy do Darjeling, a tam produkuje się najlepszą herbatę na świecie. Po 2,5 godzinie zatrzymujemy się w miasteczku. Dobry kierowca, dowiuzł nas szybciej niż przewidywaliśmy. Pytam go, czy to już, a on na to, że teraz jest przerwa na śniadanie, a w ogóle to połowa drogi. Ahaaaa.

Kierowca miał rację, w Darjeeling jesteśmy po prawie pięciu godzinach jazdy. Hotel to tu nie jest trudno znaleźć – jeden na drugim. Takie indyjskie Zakopane, tylko górki troszkę większe. A mgła i zimno, że ho ho. Wszyscy w kurtkach zimowych.

Dzień pierwszy – nic się nie dzieje. Mała szczęśliwa, bo znalazła herbaciarnię z ciastkami, więc będzie gdzie śniadania jeść. Krążymy po ryneczku i oglądamy małpy, jak skaczą po drzewach i jedzą mandarynki. Gór nie widać.

Dzień drugi: znów mgła i nic nie widać. Czatujemy w okolicach tarasu widokowego i nic. Trzeba by coś robić, więc odwiedzamy zoo i instytut himalajski. Bardzo, bardzo fajny. Wystawa pamiątek z czasów, gdy po raz pierwszy zdobywano Everest. Sprzęt troszkę się różni od dzisiejszego, już nie robi się czapek i butów z futra.

Na trzeci dzień budzę się o 5.30. Słońce w oknie i czyste niebo. Biegiem, bez mycia, na taras. Ale że to jakieś pół godzinki drogi, więc zanim doszliśmy, zdążyło się już zamglić i zostały nam tylko szczyty. Szkoda, ale i tak robimy zdjęcia tego, co jeszcze widać. Góry, nawet niewyraźne, robią wrażenie.

Pogody raczej nie będzie, trzeba się zbierać. Nie jest dobrze. Chcemy jechać do Varanasi, a na stacji mówią, że biletów brak na najbliższe pięć dni. Mają tu taki śmieszny system z listami rezerwowymi więc zapisujemy się. Jesteśmy 26 w kolejce. Co będzie to będzie.

W Darjeeling zwiedzamy jeszcze fabrykę herbaty. Nie ma sezonu, niewiele się dzieje, ale miły pan pokazuje wszystko i wyjaśnia co i jak. Potem idziemy na bazar. Tam zawsze jest co oglądać i dzieją się ciekawe rzeczy. W ostatni dzień pokazały się góry. Piękny widok na Kanczendzongę, trzeci szczyt na świecie. My jesteśmy na wysokości 2200 metrów, ale jak się stoi wobec 8500 m., to człowiek się czuje mniejszy od mrówki.

Górki poglądali, to czas się ruszać. Strasznie tu zimno. Łapiemy jeepa i ogień. Wiecie, ile ludzi da się wpakować auta przeznaczonego dla 5-6 osób? Jak się dorobi dwie ławeczki, to czternaście, nie licząc tych na dachu. Jedziemy, idzie jak po maśle, do pewnego momentu. Blokada, protesty, droga zamknięta do trzeciej, a mamy jedenastą. Ludzie wysiedli i poszli szukać innego transportu za blokadą, ale ja zapłaciłem za całą drogę, więc nigdzie nie idziemy. Tłumaczę kierowcy, żeby oddał połowę kasy, to my też pójdziemy, a on wróci do Darjeeling i jeszcze pasażerów nowych weźmie. Aha, figa w makiem. Zapłaciłeś turysto, to mnie cmoknij w nos.

To siedzimy. Za jakiś czas „szofer” przychodzi i pyta czy pociąg albo samolot się nie spieszymy i czy byśmy sobie nie poszli. „Dawaj połowę kasy to pójdziemy”. Nie oddał, to nie idziemy. My mamy czas. Jeszcze ze trzy razy tak podbijał, aż w końcu zrezygnował. A drogę otwarli, i to dużo szybciej niż się spodziewaliśmy. Oczywiście każdy chce być pierwszy, auta upchane na centymetry przez całą szerokość drogi, tak że nawet nie ma gdzie wycofać. Tym razem przejechanie tych 74 km zajęło nam siedem godzin.

Nocne spacerki

•5 Grudzień 2009 • Dodaj komentarz

Pociąg do New Jalpaiguri mamy o 22.40. Znów będziemy się po nocy przedzierać przez ciemne i wąskie uliczki (taksówkom mówimy „nie”, tak dla zasady). Podjeżdżamy parę przystanków metrem, a potem, według mapy, to już tylko krótki spacerek. No i już na początku wątpimy w naszą marszrutę. Pytam więc dwóch dobrze ubranych facetów, czy do stacji to w tą stronę, a oni na to, żebyśmy szli za nimi, bo właśnie tam idą. O, jak dobrze, choć przez chwilę nie trzeba myśleć, gdzie się jest!

Chłopaki bardzo się spieszą, więc idziemy na skróty i to prawie biegiem. Ludzie, riksze, motory, skuterki, bezpańskie psy – wszystko to wydaje takie dźwięki, że człowiekowi się kołuje w głowie. A jakimi ulicami nas prowadzą! Pierwsze jest bazar warzywno-owocowo-kwiatowy. Skręcamy w lewo, w prawo, mijamy podwórka i zaułki. Widzimy dzieci odrabiające lekcje na podłodze, kobiety, które coś gotują, mężczyzn palących papierosy w drzwiach. Prędko, w lewo! Ktoś cię ciągnie za plecak, ktoś chce przejść, wyprzedzić. Jeszcze raz w lewo: ulica pełna prostytutek. Śmieją się i coś krzyczą, ciągnąc mnie za rękę albo próbują dotknąć mojej twarzy. Żaden turysta się tu nie zapuszcza, zwłaszcza w nocy. Obrazy przesuwają się jak w kalejdoskopie: dzieci, riksze, pełno ludzi, sklepiki, gwar, sygnały motocykli. Wchodzimy w uliczkę tak wąską, że dwie osoby nie mogą się minąć. Prosto, w prawo, przechodzimy przez sklep i widzimy gwarną ulicę i napis. Nasza stacja! To nam chłopaki zafundowali wycieczkę po „zakazanych” dzielnicach miasta. Sami nigdy byśmy tamtędy nie przeszli. Jesteśmy oszołomieni tym, co właśnie widzieliśmy.

Dziękujemy naszym przewodnikom za pomoc, mijamy tysiąc obwoźnych „sprzedawaczy” wszystkiego i jesteśmy na peronie. Na dworcu ludzie biegają, pchają się i krzyczą. Pociąg przyjeżdża za godzinę, ale wcale nie tak łatwo do niego wsiąść. Pierwsze trzeba znaleźć swoje nazwisko na długiej liście przyklejanej do każdego wagonu. Nasz był dwudziesty piąty, ale grunt, że się udało. W środku troszkę brudno, ale ogólnie może być. Trzy półeczki sypialne, my na tych najwyższych i jazda. Opuszczamy Kalkutę. Dwanaście spokojnych godzin na własnej pryczy:)

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.